środa, 2 maja 2012

Bywa i gorzej. ( : Lekcja życia.


 Siódma rano. Jak zwykle wstaje z dobrym poczuciem humoru i fajnym nastawieniem na nadchodzący dzień. Dzień zapowiada się  wspaniale: słonce świeci, jest lato, a weekend pozwala na chwile zapomnienia. Chyba jeszcze nie byłem tego świadomy, co mnie tak na prawdę czeka, jakie będą konsekwencje nadchodzącego dnia.

Jak zwykle wynurzyłem się z domu i podreptałem w kierunku  znajomego o imieniu Witkacy. Witkacy stał na drodze i z jego miny wynikało, że coś kombinuje. Sam fakt tego, że ten cały Witkacy z głową miał nie za wesoło, to zważywszy na okoliczności siedzenia w domu, postanowiłem ten dzień spędzić właśnie z nim. I  to była moja najmniej przemyślana decyzja w moim dziwacznym świecie.

Sam fakt tego, że znajomość z kimś kto jest : nieudacznikiem, nudziarzem, mendą, intelektualistą, człowiekiem a-społecznym- była dla mnie niezmiernie męcząca.
Nie myśląc wiele, postanowiliśmy wybrać się do opuszczonej kopalni, która jeszcze  jakiś czas temu tętniła życiem.
Więc niczym lisy wyścigowe , czym prędzej pogoniliśmy w kierunku oznaczonym na mapie znakiem X.
Samo wejście do tych ciemnych i przerażających jaskiń nie było dla nas specjalnie trudne, ale jak się ma takiego kompana, to nawet zwykła przechadzka po plaży może stać się niebezpieczeństwem dla napotkanych ludzi.

Zerwaliśmy stare deski, przebiliśmy się przez pajęczyny i już byliśmy w środku. Dla bezpieczeństwa zaczepiliśmy sznurek do pobliskiego kamienia i ruszyliśmy w pełną fascynujących przygód wyprawę. Ja przodem, Witkacy przygarbiony  tyłem. Cały ten Witkacy nie słyną z urody, i pewnie dlatego ciemne jaskinie itd., były dla niego schronieniem przed czyhającymi na niego ludzmi z widłami i maczetami. Ten chłopak nie miewał lekkiego życia. Sam fakt tego, że miał niespełna metr pięćdziesiąt wzrostu, świńskie łysiejące włosy, ubytki w zębach i garb wielkości latawca, czyniło go człowiekiem bardzo odważnym. Nigdy się nie poddawał, a to co miał w planach- sumiennie wykonywał.

Po uprzednim zbadaniu terenu postanowiliśmy wyruszyć w głąb nieznanej nam przepaści. Zabraliśmy ze sobą: lampę naftową, butelkę wody, opisany wcześniej kłęb sznura, parę kanapek i straszydło o imieniu Witkacy (; 
Cała ta jaskinia wydawała się niezmiernie spokojna. Wszytko dookoła było mokre, skały przypominały zaostrzone harpuny, a sam smród wydobywający z otchłani był niezmiernie nie do zniesienia. Już nie wspominając o Witkacym, któremu gazy po ówczesnym spożyciu cebuli nie pozwalały zachować ciszy. (:

Po około 15 minutach podróży na swojej drodze napotkaliśmy rozgałęzienia w 3 kierunkach. Wybór  oczywiście należał do mnie, gdyż mój kompan nie kwapił się do podjęcia słusznej  decyzji. Wybrałem wejście z mojej lewej strony i wtłoczyliśmy się do środka. Dla Witkacego była to słuszna decyzja, gdyż tunel miał tyle samo wzrostu co on, także mógł spokojnie dreptać wyprostowany.

Chyba czuliśmy lekkie zmęczenie, więc bez zastanowienia usiedliśmy na krótką przerwę. Postanowiłem zjeść coś i zabrałem się za spożycie zabranej wcześniej kanapki. Witkacy chyba nie był  zbyt głodny, gdyż całą drogę przegryzał pięcio letnią zgniłą cebule, która czyniła go zabójczym potworem w oczach zabójczych potworów. (:

Ruszyliśmy dalej. W pewnej chwili przypomniałem sobie o sznurku, dzięki któremu mieliśmy się  wydostać. Masz ten sznurek nadal ? -odparłem. "O cie nie pierdole. Urwał się!" -odpowiedział Witkacy. Wyglądało na to, że byliśmy w głębokiej dupie, w  głębokim tunelu, z towarzyszącym mi głąbem...
Powrót tą samą drogą był nie możliwy, gdyż tunele które przebyliśmy wcześniej  były nie do  zapamiętania, więc bez wahania ruszyliśmy do przodu z myślą, że wydostanie się to kwestia paru godzin. 

Idąc przez te czeluście ciemności napotykaliśmy na swojej drodze: szczury- wielkości psów, myszy- wielkości kotów i żabę przypominającą Witkacego .  Sam fakt tego, że zostanę tu tyle czasu z tym człowiekiem napawiała mnie myślami samobójczymi. 
Nie miałem ochoty poddawać się. Sam Witkacy był chyba dobrej myśli, gdyż jego twarz promieniała wielką świetlistą krostą. Podążaliśmy dalej, a trzask kości padłych tu zwierząt wbijał się nam w stopy. To było okropne przeżycie. Dookoła ciemność. Jakieś nieznane zwierzęta przelatujące zaraz koło naszych nóg  (o ile można  nazwać ich zwierzętami) Cały ten smród unoszący się w powietrzu. Ale my się nie poddawaliśmy. Już nawet nie pamiętam, który to z kolei był przebyty tunel. A może tak na prawdę to w kółko się kręciliśmy. Hmm. W tym momencie to niczego nie byłem pewien. Chciałem tylko wyjść stąd i nigdy więcej nie zobaczyć na oczy Witkacego i jego szalonych pomysłów.

Idziemy dalej ku nieznanemu. Ale w pewnej chwili  moim oczu ukazał się promień światła, który nagle schował się i gdzieś znikł za skałą. To był znak, że trzeba podążać właśnie w tym kierunku. Więc bez zastanowienia udaliśmy się w tą stronę. Mijały minuty, a światło było coraz mocniejsze. O tyle to było dziwne, że to światło miało różne barwy. Byliśmy trochę podekscytowani, gdyż w ciemniej jaskini nie spotyka się tego typu anomalii. Gdy dotarliśmy do celu zobaczyliśmy coś niesamowitego .......... THE END (:

To powinna być lekcja dla Ciebie, że jeżeli brak Ci odwagi i determinacji w pokonywaniu strachu, to możesz jedynie załamać ręce i poddać się.  Nie poddawaj się!

Pozdrawiam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz